poniedziałek, 6 lipca 2026

„Ulice, które pamiętały wojnę” Wioletta Filipowska. Recenzja.

Wojna widziana oczami zwykłych ludzi, których wspomnienia pozostają z czytelnikiem na długo.

„Rzeka płynie... I czas płynie, tak jak rzeka, w jedną stronę. Nic nie wraca.”


Autor: Wioletta Filipowska

Tytuł: Ulice, które pamiętały wojnę

Wydawnictwo: Filia

Data wydania: 18 - 03 - 2026

Liczba stron: 308

Gatunek: literatura obyczajowa, powieść historyczna

 

 

Wojna odebrała Apolonii wszystko – dom, przyjaciółki i poczucie bezpieczeństwa. Razem z matką i młodszą siostrą trafia do okupowanej Łodzi, gdzie codzienność staje się nieustanną walką o przetrwanie, a drobne radości są prawdziwymi skarbami.
Pewnego dnia podczas podróży poznaje Julka – chłopaka, który staje się jej ostoją i pierwszą prawdziwą miłością. Gdy Julek nagle znika, Apolonia musi odnaleźć w sobie siłę, by zacząć życie od nowa.
Na jej drodze pojawiają się również kobiety pełne pasji i charakteru: szalona Stefania nie-Poniatowska, Chuda Edka, której życie nie szczędziło trudów, oraz sprytna Felusiowa, twarda z pozoru, a o miękkim sercu. Każda z nich wnosi coś wyjątkowego do życia Apolonii, a wszystkie łączy jedna cecha – niezwykła siła, dzięki której można przetrwać nawet w najtrudniejszych czasach.

TO OPOWIEŚĆ O STRACIE I MIŁOŚCI, O PRZYJAŹNI, ODWADZE I NADZIEI, KTÓRA POTRAFI ROZKWITNĄĆ NAWET W CIENIU WOJNY.


„Przez całe życie gromadzimy wokół siebie różne przedmioty. Otaczamy się nimi. Ich widok cieszy nasze oczy. Podziwiamy je. Lubimy pokazywać innym. Jednak najpiękniejsze są te, z którymi wiąże się jakaś historia. Miłe wspomnienie... To jest wartość dodana. I niezwykła.”

Są książki, które czyta się dla wartkiej akcji, są też takie, które zachwycają zwrotami fabularnymi. Ale są również powieści, których największą siłą są emocje, autentyczność i zwyczajne ludzkie wspomnienia. Dla mnie właśnie do tej ostatniej grupy należy  powieść „Ulice, które pamiętały wojnę” autorstwa Wioletty Filipowskiej. Niezwykle udany debiut literacki, który na długo pozostanie w mojej pamięci.

Historia w tej książce opowiedziana jest w formie wspomnień babci Apolonii, która dzieli się z wnuczką bolesnymi przeżyciami z czasów wojny. Dzięki temu czytelnik nie poznaje historii z perspektywy wielkich bitew czy politycznych wydarzeń, ale oczami zwykłej dziewczyny, której młodość przypadła na najtragiczniejszy okres XX wieku.

Poznajemy Apolonię jeszcze przed wybuchem wojny. Jej rodzinny dom w Sulejówku, codzienne życie, marzenia oraz przyjaciółki, z którymi snuła plany na przyszłość. Niestety wojna brutalnie przekreśliła wszystkie te marzenia. Autorka w poruszający sposób pokazuje, jak jeden moment potrafi odmienić całe życie i jak wiele młodych ludzi zostało pozbawionych przyszłości.

Los rzuca Apolonię, jej młodszą siostrę, mamę i babkę do Łodzi, gdzie każdego dnia muszą walczyć o przetrwanie. Głód, strach, niepewność jutra i utrata najbliższych stają się ich codziennością. Wojna odbiera im poczucie bezpieczeństwa, ale nie odbiera człowieczeństwa. Apolonia wśród tej wojennej zawieruchy doświadcza pierwszej miłości, która daje jej światełko na to, że warto mieć nadzieję, że człowiek może być jeszcze szczęśliwy. Niestety nie zawsze wszystko układa się tak jakbyśmy chcieli.


Po zakończeniu wojny, przychodzi kolejny trudny etap – powrót do życia, odbudowa wszystkiego od podstaw, zakładanie rodziny i nauka funkcjonowania w świecie, który już nigdy nie będzie taki sam.

Ogromnie spodobało mi się, że autorka nie skupia się wyłącznie na cierpieniu. Pokazuje również, że nawet w najtrudniejszych czasach ludzie potrafili odnajdywać drobne powody do uśmiechu. Niektóre sceny przepełnione są subtelnym humorem, bo przecież człowiek potrzebował choć na chwilę zapomnieć o wojnie, by nie oszaleć. To właśnie takie momenty nadają tej historii niezwykłej autentyczności.

Nie sposób nie wspomnieć o bohaterkach, które odegrały ogromną rolę w życiu Apolonii – Stefani, Chudej Edce oraz Felusiowej. Ich wsparcie, przyjaźń i wzajemna pomoc pokazują, jak wielką siłę dawała ludzka solidarność. W najtrudniejszych chwilach to właśnie obecność drugiego człowieka pozwalała przetrwać kolejny dzień.

Bardzo poruszył mnie również motyw salaterki z anyżowymi landrynkami, którą Apolonia darzyła ogromnym sentymentem. Z pozoru zwyczajny przedmiot staje się symbolem wspomnień, utraconego świata i dzieciństwa. Dlaczego był dla niej tak ważny? Odpowiedź znajdziecie na kartach tej pięknej powieści.


Przed sięgnięciem po książkę przeczytałam kilka opinii w Internecie, w których pojawiały się zarzuty, że brakuje w niej emocji, dramatyzmu czy dynamicznej akcji. Muszę przyznać, że stanowczo się z tym nie zgadzam.

Jak można napisać, że w tej historii brakuje dramatyzmu, skoro opowiada o wojnie? O codziennym lęku, głodzie, utracie bliskich, niepewności każdego poranka i walce o przetrwanie? Czy naprawdę potrzeba jeszcze bardziej spektakularnej akcji, kiedy samo życie napisało najbardziej dramatyczny scenariusz?

Dla mnie właśnie wspomnienia Apolonii były największą siłą tej książki. Były pełne bólu, rozczarowań, tęsknoty, strachu i niepewności, ale również nadziei. Pokazują, jak ogromnej odwagi wymagało nie tylko przeżycie wojny, lecz także nauczenie się życia od nowa w świecie, który został doszczętnie zniszczony. Trzeba było mieć niezwykłą siłę, determinację i wolę życia, by każdego dnia podnosić się po kolejnych tragediach.

Autorka przypomina również, że nawet w najtrudniejszych czasach ludzie potrafili kochać prawdziwie. Miłość była dla nich czymś wyjątkowym, trwałym i niemal świętym – raz i na całe życie. To właśnie takie uczucia dodają tej historii ciepła i sprawiają, że czytelnik jeszcze mocniej przeżywa losy bohaterów.

Debiut Wioletty Filipowskiej uważam za niezwykle udany. To powieść napisana z ogromną wrażliwością, spokojem i szacunkiem dla historii ludzi, którzy naprawdę mogli przeżyć podobne wydarzenia. Nie potrzebuje spektakularnych zwrotów akcji, bo jej największą siłą są autentyczne emocje i codzienność zwykłych ludzi uwikłanych w niezwykłe czasy.

Ta książka dostarczyła mi mnóstwa emocji. Jeszcze długo po jej przeczytaniu wracałam myślami do Apolonii, jej rodziny i wszystkich wydarzeń, których doświadczyła. To jedna z tych historii, które zostają z czytelnikiem na długo i skłaniają do refleksji nad tym, jak kruche jest ludzkie życie i jak wielką wartość mają miłość, rodzina oraz pamięć.

Z całego serca polecam „Ulice, które pamiętały wojnę” wszystkim miłośnikom powieści historycznych, rodzinnych sag i historii opartych na wspomnieniach.

Jeśli cenicie książki pełne emocji, wzruszeń, prawdziwych ludzkich przeżyć i opowieści, które zostają w sercu na długo po odłożeniu ostatniej strony, koniecznie sięgnijcie po ten tytuł. Jestem przekonana, że i Wy będziecie jeszcze długo wspominać tę niezwykłą historię.

„Dom tam, gdzie rodzina. A tam gdzie rodzina, serce człowieka.”

"Ulice, które pamiętały wojnę" Wioletta Filipowska


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Filia.


Jeśli chcielibyście mnie wesprzeć w tym co robię, możecie postawić wirtualną kawę. 

Wystarczy kliknąć w poniższy link. 

Z pozdrowieniami Ania. 


👉 Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są mojego autorstwa i podlegają ochronie praw autorskich.
Zabrania się ich kopiowania, rozpowszechniania oraz wykorzystywania w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej, pisemnej zgody autora.

1 komentarz:

  1. Piękna i niezwykle dojrzała recenzja. Bardzo trafnie ujęłaś to, że w literaturze wojennej najgłębiej poruszają właśnie te zwyczajne, codzienne dramaty i walka o zachowanie człowieczeństwa, a nie wielkie bitwy. Przekonałaś mnie tym zwróceniem uwagi na detale, jak wspomniana salaterka z landrynkami czy subtelny humor, który pozwalał bohaterom przetrwać. Widać, że ta historia mocno zapadła Ci w serce, a Twoje słowa są najlepszym dowodem na to, że to udany debiut. Z ogromną przyjemnością przeczytałam Twoją opinię.

    OdpowiedzUsuń

Wszelkie projekty i fotografie na tej stronie stanowią własność autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii bez naszej zgody jest zabronione. Copyright © 2018-2026 Anna&Sebastian